PRZEBUDZENIE

Blat stolika czy raczej nocnej szafki stojącej przy jego wspaniałym łóżku godnym miana królewskiego łoża pokryty był mozaiką złożoną z tysięcy szkiełek i prezentował się wspaniale. Odnosił wrażenie, ze nigdy dotąd tego stolika nie widział ale skoro stoi w zasięgu jego ręki, to musiał być tu zawsze. Nie miało to jednak większego znaczenia w porównaniu z leżącym na tym mozaikowym blacie zaproszeniem. Demeter? Mogła mieć przecież inne równie piękne greckie imię. Eunice albo Safona. Ale te boginiami nie były. Szkołe ukończył już dawno temu i nie pamiętał czym na Olimpie zajmowała się Demeter ale nie było mu to potrzebne. Przecież widzi ją piękną jak uosobienie kobiecości, piękną jak właśnie piękne powinny być boginie. Widzi wyraźnie i wie że coś do niego mówi. Może należałoby powiedzieć raczej że przemawia. A w tle za nią jak przez mgłę dostrzega kilkanaście, może kilkadziesiąt pięknych dziewcząt obdarzonych darem wiecznej młodości, może półbogiń. Wszystkie przybywają właśnie do niego. Szkoda, że nie widzi tego ta, jak jej tam Malwina czy Mariola która w zeszłym miesiącu, gdy tak bardzo potrzebował kobiety wyśmiała go w żywe oczy.

Jakże piękny jest Olimp. Zawsze uważał, że to tylko jakieś mity wymyślone po to, by dręczyć biedne dzieci w szkołach a teraz sam znalazła się w centrum tego mitycznego świata w którego istnienie nie wierzył, świata pełnego piękna i radości. Sama Demeter, kim by nie była, podaje mu w złoconym kubku jakiś napój. To chyba owa sławna ambrozja a więc jeśli ją wypije stanie się nieśmiertelnym. Przed nim więc cała wieczność w wielkim szczęściu, bogactwie i radości. Dziwne też, że wszystko rozumie, chociaż na pewno nie mówi ona po polsku. Stał się, tak jak na to zasługuje, człowiekiem wyjątkowym, zaraz: jak to się nazywało, tak - to deifikacja. Czuję w sobie siłę i energię boską. Dlaczego własnie on. Czy to ważne? Tak widocznie być musi. Teraz on będzie dyktował warunki a nie ten dorobkiewicz Robert jego pieprzony szef, o którym Dmeter nawet nie wspomniała. Teraz...

Spojrzał na odrapany budzik, stojący na plastikowym postawionym do góry dnem wiaderku i zauważywszy, że zaspał i może spóźnić się do pracy co w jego przypadku byłoby już równoznacze ze zwolnieniem wciągnął szybko spodnie i brudnawy szary podkoszulek, którego kolor ukrywał niesprane plamy, włożył buty. Przez chwilę jednak musiał mocować się z drzwiami, bo stary nieoliwiony zamek zaciął się jak zwykle nie w porę. Kilka przekleństw, którymi posłużył się ze złością, pomogło, drzwi otworzyły się z trzaskiem na zimną deszczową przestrzeń lichej dzielnicy zapyziałego miasteczka. Nie miał biletu na autobus ale postanowił zaryzykować jazdę na gapę bowiem w przypadku kolejnego spóźnienia pan Robert może stracić cierpliwość a jemu pozostanie tylko czekać na zasiłek.